Tanie auta do driftu – 9 kandydatów na gruza do upalania

BMW e36 325i – tanie auta do driftu

Jeszcze zanim Światowa Organizacja Zdrowia wykreśliła homoseksualizm z listy chorób, środowisko drifterów zabrało głos. Specjaliści od latania bokiem z całego świata jednogłośnie uchwalili, że piłowanie golfa dwójki na ręcznym pod marketem to nie drift. Do tego potrzeba odpowiedniego auta, które na szczęście nie musi być drogie (jak na realia sportów motorowych rzecz jasna). Czytaj dalej, jeśli chcesz poznać ekskluzywną listę skupiającą tanie auta do driftu – ale też tych nieco droższych – które sprawdzą się na początku przygody z lataniem bokiem. No i oczywiste przypomnienie – trenuj tylko na torze/zamkniętym terenie i pamiętaj o zasadach bezpieczeństwa!

Zanim przejdę do właściwej listy tanich driftowozów, musimy zadać sobie jedno bardzo, ale to bardzo ważne pytanie – co to jest gruz? Poświęcam odpowiedzi na tę kwestię kilka linijek, bowiem to niezwykle istotne, wręcz fundamentalne pojęcie. W słowniku każdego driftera występuje na równi z takimi zwrotami jak: „daj trytytkę”, „kto to tak k** przykręcił” albo „kupię (wstaw nazwę odpowiedniej części) do E36”. Na tym etapie chyba już nikogo nie zaskoczę oznajmiając, że gruz do driftu to nie zbiór brył betonu, lecz tanie auto w nienajlepszym (słownik synonimów podpowiada tutaj słowo „opłakanym”) stanie, które służy do treningów. Warto nadmienić jednak, że tani gruz do driftu ma w rzeczywistości więcej wspólnego z odpadami z budowy, niż mogłoby się wydawać. Dla normalnych ludzi jest tak samo bezużyteczny, a po odpowiednio długim czasie eksploatacji również można go wynieść na śmietnik w wiadrach.

BMW E36 325i

BMW E36 – król wśród BMW do driftu

Na każdej, ale to absolutnie każdej liście tanich aut do driftu musi znaleźć się jakieś BMW. Dzisiaj rolę taniego BMW do driftu pełni przede wszystkim model E36. Takie zestawienie bez bawarskiej konstrukcji jest jak Sylwester z TVP bez Zenka Martyniuka. Zresztą wystarczy popatrzeć na jakiekolwiek zawody driftingowe w Polsce czy dalej w Europie. Większość z nich przypomina BimmerFest, a nie imprezę, w której na równych prawach mogą uczestniczyć właściciele aut innych marek.

Dlaczego BMW do driftu? Też zadaję sobie to pytanie. Prawda jest jednak taka, że poza dyskusyjnie udaną stylistyką (która w przypadku prawdziwego gruza do driftu jest tak samo ważna, jak makijaż przed walką bokserską) E36 ma sporo mocnych stron. Auto jest znane i tanie, więc z zakupem i dostępem do części nie ma większych problemów. Jego popularność w drifcie sprawia dodatkowo, że nie będziesz miał problemów z tuningiem – elementów robionych z myślą o lataniu bokiem i wiedzy na forach w przypadku tego BMW do driftu nie brakuje.

BMW E36 znajdziesz też z kilkoma sensownymi silnikami. Dobrym gruzem do driftu okaże się wersja 328i z motorem R6 2.8 o mocy około 190 KM, choć i 150-konna odmiana 320i zakręci kołami, jeśli się ją odpowiednio brutalnie potraktuje. Na co uważać w przypadku E36 jako BMW do driftu? Z tego, co mówi mój człowiek od driftów – Paweł Trela – na półosie i dyferencjały, które słabo znoszą podkręcanie silnika. A więc tak, BMW E36 jest pewniakiem, jeśli chodzi o tanie samochodu do driftu. To bardzo rozsądna i godna polecenia propozycja. Ale jeśli zależy Ci na prestiżu i chcesz się trochę wyróżnić, to lepiej czytaj dalej. Tanie auta do driftu to nie tylko te od BMW.

 

Ford Sierra do driftu

Ford Sierra – niezły gruz, ale z istotnymi wadami

Sierra może kojarzyć się bardziej z rajdami niż driftem. Słusznie, bowiem auto jeździło przecież w Rajdowych Mistrzostwach Świata. Fordem Sierrą startował też legendarny Marian Bublewicz. W rajdach rządziły rzecz jasna wersje 4×4, ale seryjnie auto ma napęd na tył, więc może być solidnym kandydatem na taniego gruza do driftu.

Przodek Forda Mondeo był sprzedawany z różnymi silnikami. Egzemplarze z motorem 1.3 R4 nie podbijają list tanich aut do driftu, ale samochodem z V-szóstką (a było kilka wersji Sierry z takim motorem) można już wybrać się na tor. W Stanach znajdziecie też bliźniaka Forda Sierry, Merkura XR4Ti z ciekawym silnikiem R4 2.3 Turbo o mocy dochodzącej do 175 KM.

Jeszcze kilka lat temu Sierra była chętnie wybieranym tanim gruzem do driftu (czego dowodzi liczba filmików na YouTube z nią w roli głównej). Dzisiaj popularność tego auta maleje, bo po prostu coraz mniej egzemplarzy jest na chodzie. A te z mocnym silnikiem i w dobrym stanie zaczynają kosztować coraz więcej. Z dostępnością do części również nie jest kolorowo. Trzeba pamiętać, że to ponad 30-letnia konstrukcja – auto jest ciężkie i nie prowadzi się najlepiej. Sierra jako tani driftowóz ma sens przede wszystkim wtedy, kiedy uda Ci się ją wyciągnąć od kogoś za grosze. I nie liczysz na to, że będzie rozwojowym projektem.

ZOBACZ TEŻ  DMP Bemowo 2020 – wszystko, co musisz wiedzieć

 

Opel Omega B

Opel Omega – niby B, ale do driftu cacy

Opel Omega to auto, które Polacy darzą szczególnym sentymentem. Każdy miał ojca/wujka/stryjka/dziadka, który miał Omegę. Duży Opel był dla wielu synonimem luksusu za rozsądne pieniądze. Omega to samochód o podobnej konstrukcji i z podobnej epoki, co Sierra – duże, tylnonapędowe auto, które trafiło na rynek w latach 80. Z myślą o tanim drifcie najlepiej wybrać egzemplarz drugiej generacji, czyli tzw. Omegę B. Auto było produkowane w latach 1994-2003, jest więc w idealnym wieku – na tyle stare, że nie jest już drogie i na tyle nowe, by było jeszcze tanie.

Opel Omega B otrzymywał dwa typy silników benzynowych – R4 i V6. Egzemplarze z rzędową jednostką będą raczej za słabe. Trzeba pamiętać, że Omega B nie jest małym i lekkim autem – w wersji kombi mierzy 4,8 m i fabrycznie waży około 1,5 t, dlatego najlepiej celować w sztuki z V-szóstką. Takich aut na rynku jeszcze trochę jest, więc powinno być w czym wybierać.

Nie możemy się jednak oszukiwać, Omega nie jest samochodem stworzonym do latania bokiem. To komfortowa limuzyna za przyzwoite pieniądze, przez specjalistów i analityków rynku samochodowego zwana dupowozem. Ale jeśli jakiś gruz jest samochodem, który idealnie nadaje się do driftu, to już nie jest gruzem, bo kosztuje znacznie więcej. Właśnie na tym polega istota taniego gruza do driftu – bierzesz samochód, którym inni (normalni) ludzie wożą rodzinę albo worki z cementem (Omega sprawdza się w tych dwóch zastosowaniach jednocześnie) i latasz nim bokiem. W tej kwestii duże auto Opla wpisuje się w definicję gruza do upalania bardzo dobrze i okazuje się całkiem rozsądną propozycją w kategorii: tanie auta do driftu. Dziś zdecydowanie rozsądniejszą niż Ford Sierra.

 

Volvo 960

Volvo serii 900 – czołg i tanie auto do driftu w jednym

Pozostajemy w klasie tanich gruzów do driftu wagi ciężkiej, ale nie do końca. Choć Volvo z serii 900 – tak jak Omega – rozmiarami przypomina średniej wielkości masyw skalny, po wybebeszeniu wcale nie jest tak ciężkie, jak mogłoby się wydawać. Nie staje się rzecz jasna Lotusem Elise, ale masa nie wydaje się być wielkim problemem w przypadku tego auta.

Do serii 900 zaliczamy modele 940 oraz 960 (pod koniec produkcji znane na niektórych rynkach już jako S90). To ostatnia linia modelowa dużych Volvo z napędem na tył i dla wielu jedno z ostatnich Volvo z prawdziwego zdarzenia. Później szwedzki producent połączył się z Fordem. Co z tego wyszło, możecie sobie sprawdzić w encyklopedii, kiedy znajdziecie hasło „nieudane inwestycje”.

Napęd na tył i szlachetne pochodzenie to nie jedyne zalety linii 900. Volvo 940 i większe 960 zachęcają przede wszystkim pancernymi silnikami. Szczególnie ciekawie prezentują się uturbione, 2-litrowe motory benzynowe oraz wolnossące silniki R6. Do tego trzeba dodać niezależne zawieszenie tylnej osi oraz wysoką niezawodność i otrzymujemy solidną bazę pod tani driftowóz. Wady? Części do auta nie są tak szeroko dostępne, jak do niemieckich konkurentów, a wiele egzemplarzy wyposażono w automatyczną skrzynię biegów. Ponadto auto ma papiery na bycie cenionym klasykiem, więc jego ceny już tylko rosną.

 

Mercedes klasy C

Mercedes-Benz klasy C – solidna baza na gruza do upalania

Samochody Mercedesa wprawdzie nie są tak często spotykane na zawodach driftingowych jak auta BMW, ale to dosyć popularna marka w driftingowym świecie. Szczególną rozpoznawalnością cieszy klasa C, czyli kompakt klasy premium o podobnych założeniach konstrukcyjnych co seria 3 BMW albo Lexus IS (o którym niżej).

Historia klasy C zaczyna się w 1993 roku. Jako tanie auta do driftu najlepiej sprawdzają się zatem egzemplarze pierwszej generacji modelu lub z początkowych lat produkcji drugiej, która powstawała w latach 2000-2007. Z perspektywy latania bokiem najsensowniej wyglądają 4-cylindrowe benzyniaki 2.0 i 2.3 ze sprężarką mechaniczną, a więc wersje C200 Kompressor i C230 Kompressor.

Mercedes klasy C to dobry sposób na tani driftowóz. W ogłoszeniach aut jest sporo, jego ceny nie są wygórowane, a z dostępem do części nie ma problemu. Wiele egzemplarzy wyposażono jednak w automatyczną skrzynię biegów, która w gruzie do upalania nie jest pożądanym elementem wyposażenia.

ZOBACZ TEŻ  Instalacja podtlenku azotu – wszystko, co musisz wiedzieć o nitro

 

Lexus IS

Lexus IS – ze słynnym 2JZ-em

Czy w zastawieniu skupiającym tanie samochody do driftu może zabraknąć auta z Japonii? Może, bo auta z napędem na tył z kraju Walkmana i PlayStation z reguły nie należą do najtańszych. Ale jeśli szukasz jakieś rozsądnej propozycji na pierwszy driftowóz za umiarkowane pieniądze i japońskie pochodzenie ma dla Ciebie znaczenie, to Lexus IS pierwszej generacji (znany na rodzimym rynku jako Toyota Altezza) będzie ciekawym wyborem.

Auto jest konkurentem BMW serii 3, zatem to kompaktowy sedan klasy premium z napędem na tył. IS – jak wszystkie Lexusy – słynie też z niezawodności i jakości wykonania, więc raczej nie będzie spędzał wiele czasu na podnośniku. A jeśli odwidzi Ci się gruzowanie, to powinien posłużyć przez lata. IS zbiera też dobre recenzje za pewność prowadzenia. Ale jego najmocniejszym atutem jest silnik. W wersji IS 300 auto dostawało wolnossący motor R6 3.0 2JZ-GE. Tak, to ten 2JZ znany z Supry, pancerny i odporny, prawdziwy Noriaki Kasai wśród silników. Fabrycznie silnik IS-a 300 wytwarzał około 210 KM, ale podniesienie jego mocy do 500 KM czy więcej nie będzie wielkim problemem.

Oczywiście Lexus IS ma swoje wady, jeśli chcemy go uznać z taniego gruza do driftu. Przede wszystkim nie jest… tani – egzemplarze z 4-cylindrowym silnikami można wprawdzie kupić za rozsądne pieniądze, ale auta z 2JZ-em to prawdziwy rarytas. Trudno je znaleźć i kosztują znacznie więcej. Na domiar złego w zdecydowanej większości egzemplarzy silnik jest połączony z automatyczną skrzynią biegów. Lexus IS nie jest też najtańszym samochodem w utrzymaniu – części trochę kosztują i różnie bywa z ich dostępnością, ale z drugiej strony auto odwdzięcza się wysoką niezawodnością i trwałością.

 

Lexus GS

Lexus GS – tani driftowóz dla bogatych

Interesującą propozycją na pierwsze auto do driftu ze znaczkiem Lexusa może być też większy GS. Wyraźnie większy – Lexus GS drugiej generacji mierzył ponad 4,8 m przy 4,4 m kompaktowego IS-a. Duża limuzyna z Japonii powstawała od 1991 roku, więc rozsądne ceny mają obecnie egzemplarze pierwszej i drugiej generacji. Obie były dostępne ze słynnym motorem 2JZ. Mało tego, odpowiednik Lexusa GS na japoński rynek – Toyota Aristo – to auto, w którym zadebiutował doładowany 2JZ, zanim jeszcze trafił pod maskę Supry czwartej generacji.

W Japonii Aristo było dostępne z 2JZ-em w wersjach wolnossącej GE i podwójnie doładowanej GTE. Uturbiona odmiana miała prawie 300 KM i nie była sprzedawana ze znaczkiem Lexusa. Poza Japonią GS-a można była kupić w wersji GS 300 z silnikiem 2JZ-GE. Auto produkowano też z porządnymi V-ósemkami – najpierw 1UZ-FE 4.0, a później powiększonym do 4,3 l motorem 3UZ-FE. Podobno wersja GS 400 z motorem V8 w momencie debiutu – w 1997 roku – była najszybszym sedanem na rynku. Niestety (z perspektywy taniego auta do driftu) Lexus GS w każdej wersji otrzymywał automat.

GS, tak samo jak Lexus IS, jest propozycją na (w miarę) tanie auto do driftu dla bardziej wymagających i osób z grubszym portfelem. Samochód trzyma cenę, części nie są najtańsze, a z myślą o lataniu bokiem na dłuższą metę trzeba zamienić skrzynię biegów na manualną. Z drugiej strony auto jest uważane za praktycznie bezawaryjne, a przemyślany projekt na jego bazie może służyć przez lata i pozwoli wyróżnić się na tle popularnych BMW do driftu.

 

FSO Polonez

FSO Polonez – do driftu dla (bardzo) ambitnych

Teraz zrobi się trochę patriotycznie. W historii polskiej motoryzacji auta z napędem na tył odgrywały kluczowe role. Fiaty 125p i 126p oraz FSO Polonez to przecież konstrukcje tylnonapędowe. To, że nasz przemysł motoryzacyjny zaczął konać zanim motoryzacyjny świat masowo przeszedł na napęd na przód, jest już inną kwestią… Ale nie wszystkie polskie auta z napędem na tył są rozsądną propozycją, kiedy chcemy potraktować je jako tanie samochody do driftu. Duży Fiat to konstrukcja bardzo wiekowa, ponadto egzemplarze w sensownym stanie kosztują dziesiątki tysięcy złotych. Zresztą widok Fiata 125p jako gruza do driftu mógłby przyprawić o zawał niejednego kolekcjonera-purystę. Maluch jest bardziej powszechny i łatwiej dostępny, ale mały rozstaw osi, jeszcze mniejsza moc i silnik umieszczony z tyłu go dyskwalifikują.

Wśród kandydatów na tani driftowóz z Polski pozostaje zatem FSO Polonez. Chociaż on też nabiera powoli kolekcjonerskiego statusu, na portalach ogłoszeniowych nadal znajdziesz egzemplarze za grosze. Może uda Ci się też wyrwać jakąś gnijącą sztukę u kogoś za szopą. Choć auto nie jest produkowane od ładnych paru lat, to z częściami nie ma problemu. A jego banalna konstrukcja sprawia, że z naprawami poradzi sobie praktycznie każdy warsztat. Niestety na tym zalety Poloneza jako taniego auta do driftu się kończą. Najmocniejszy silnik dostępny w tym modelu miał ledwo 100 KM, układ przeniesienia napędu nie został zbudowany z myślą o agresywnej jeździe, a konstrukcja zawieszenia pamięta jeszcze czasy lamp gazowych i powozów konnych.

ZOBACZ TEŻ  Goła klata, tyłki pawianów, miętowe E46 i wiele więcej. To przegapiłeś na DMP Bemowo 2020

Polonez może się sprawdzić jako pierwsze auto do driftu, ale jeśli myślisz o lataniu bokiem na poważnie, to szybko zacznie Cię ograniczać. BMW E36 czy nawet Omega B okażą się rozsądniejszym pomysłem. Oczywiście przy odpowiednim połączeniu determinacji, umiejętności i pieniędzy na bazie Poloneza da się zbudować bardziej zaawansowane auto do driftu. Znajdziemy w Polsce takich zapaleńców. I ja to bardzo szanuję. Ale nie bez powodu nie widujemy takich samochodów na poważnych zawodach driftingowych.

 

Mazda MX-5

Mazda MX-5 – niby tak, ale nie do końca

Mazdę MX-5 zostawiłem na koniec nie dlatego, że mam coś do fryzjerów albo kieruje się stereotypami. Jeździłem dwiema Miatami (taką nazwę MX-5 zdobyło na amerykańskim rynku), w tym jedną z klatką i silnikiem podkręconym do ponad 400 koni. I za każdym razem bawiłem się świetnie. MX-5 to moim zdaniem bardzo udana konstrukcja – ma napęd na tył (co zawsze jest zaletą), jest mała i lekka, więc chętnie zamiata ogonem. To drogowy gokart, bardzo mocny kandydat w gronie funcarów za rozsądne pieniądze. Świetnie radzi sobie na track day’ach, time attackach i w amatorskich rajdach. Jest popularne, więc dużo do niej części i nie psuje się. Ale wystarczy tych pochwał.

Mazda MX-5 sprawdza się w jeździe na czas, ale w kategorii tanie auta do driftu nie jest główną propozycją. Mały rozstaw osi nie ułatwia prowadzenia samochodu w poślizgu, a fabryczne silniki nie są zbyt mocne (choć niska masa nadwozia ułatwia żwawą jazdę). Egzemplarze pierwszej i drugiej generacji wyglądają jeszcze dosyć sensownie cenowo, ale te w naprawdę dobrym stanie zaczynają kosztować coraz więcej. W końcu mówimy o prawdziwie sportowym samochodzie z Japonii. Na plus przemawiają za to niska awaryjność i dobry dostęp do części.

Mazda MX-5 nie jest pierwszym wyborem, kiedy chodzi o tani driftowóz na początek. Dlaczego znalazła się w moim zestawieniu? Bo to nie tak, że nie da się nią pójść bokiem. Za jej kierownicą można się wiele nauczyć, a kto dobrze ją opanuje, zdobędzie szacunek kolegów. Mój zresztą też. Czasami Miaty można nawet spotkać na zawodach diftingowych, choć to raczej nieczęsty widok. Co zresztą doskonale tłumaczy, dlaczego Mazda MX-5 nie zajmuje czołowych lokat na listach tanich aut do driftu.

A gdzie…?

Pod zestawieniami takimi jak to często widuję komentarze rozgoryczonych internautów, którzy w dosadny sposób informują, że na liście brakuje jakiegoś istotnego – przynajmniej z ich punktu widzenia – pojazdu. I owszem, za tanie samochody do driftu niektórzy mogą też uznać Ładę 2107 albo Forda Scorpio. A dla jeszcze innych tanim driftowozem będzie ten zbudowany na Toyocie GT86 czy Nissanie 200SX.

Ja jednak skupiłem się na bardziej powszechnych konstrukcjach (w porównaniu z 2107 i Scorpio) oraz bardziej przystępnych cenowo (GT86 oraz 200SX nie są może drogie, ale do najtańszych z pewnością nie należą). Jeśli mimo tego uważasz, że lista zatytułowana “tanie auta do driftu” nie może się obyć bez jeszcze jakiegoś modelu, to napisz o tym w komentarzach. Chętnie spojrzę na Twoją propozycję.

Jak zbudować gruza do driftu?

A może już masz swój pierwszy tani diriftowóz i chcesz go trochę ulepszyć, poza wywalaniem z wnętrza niepotrzebnego wyposażenia? Wiele przeróbek możesz rzecz jasna zrobić samemu, ale jeśli nie jesteś mechanikiem, to większe modyfikacje zawieszenia, grzebanie przy silniku czy montaż klatki bezpieczeństwa lepiej zostaw specjalistom.

Warsztaty specjalizujące się w przygotowaniu samochodów do motorsportu nie znajdują się na rogu każdej ulicy, ale parę ich w Polsce znajdziesz. Jednym z najsłynniejszych jest Trela Motorsport. Na czele ekipy stoi dwukrotny mistrz Polski w drifcie – Paweł Trela. Często korzystam z jego wiedzy, a on chętnie się nią dzieli. Polecam Ci jego warsztat i w sumie nie tylko ja.

Zdjęcia: producenci modeli

Autor: Kacper Nowogrodzki